Czy południowe kresy mogą przyciągać turystów?

Adam Miklasz
ADAM MIKLASZ

Czy południowe kresy mogą przyciągać turystów?

Istnieją dziesiątki powodów do podróżowania. Przed kilkoma wiekami na zaspokojenie zwykłej ciekawości świata stać było niewielu – ludzie przemieszczali się zazwyczaj w konkretnym, dość pragmatycznym celu. Pielgrzymi ruszali do miejsc świętym oddać cześć Bogu, kupcy skoncentrowani byli na wymianie towarów i dóbr. Przemieszczały się również wojska, spełniające kaprysy swoich pryncypałów i podbijające kolejne ziemie, miasta czy państwa. Ruch turystyczny zaczął się upowszechniać w wieku dziewiętnastym, choć był to wówczas przywilej ludzi badziej zamożnych. Często wędrowano do tak zwanych „wód”, gdzie w równie elitarnym gronie można było podjąć wysiłek reperowania zdrowia, nie odrzucając przy tym różnych, zazwyczaj cielesnych przyjemności.

Melancholia jako pretekst

Obecnie powodów do podróży jest wiele. Ciekawi nas świat – przyroda, architektura, sztuka. Chwilowo porzucamy miejsce zamieszkania w poszukiwaniu odpoczynku, zabawy, słońca, zdrowszego powietrza, czy też morskiej wody. Dwie dekady temu modna stała się – zwłaszcza wśród młodych mieszkańców krajów globalnej północy – kilkumiesięczna tułaczka z plecakiem po najmodniejszych miastach Europy. Pchała ich w nią potrzeba przygody, poznawania ludzi i ich kultur. Spośród tych segmentów tak zwana turytyka historyczna (którą nazwałbym również przymiotnikiem ‘sentymentalna’) wydaje się mieć charakter marginalny. Czy aby na pewno? Przecież turystyka, to nic innego, jak dostarczanie emocji. A melancholia jest jedną z emocji najczęściej praktykowanych przez współczesnych mieszkańców globu, zwłaszcza tych nieco starszych.

Powrót do korzeni

Aby uzmysłowić sobie wagę tego rodzaju turystyki, warto na początku posłużyć się przykładem najbardziej wyrazistym i ekstremalnym. Mowa o turystach ze Stanów Zjednoczonych, odwiedzających niewielką wyspę, czyli Irlandię. Według danych za 2024 rok niewielki kraj na północno-zachodnich obrzeżach Europy odwiedziło łącznie ponad 1,2 turystów z USA, którzy spędzili tam łącznie 10,5 miliona nocy, zostawiając przy tym niecałe 2 miliardy euro. Zważywszy na to, że w samej Irlandii mieszka około 5,4 milionów mieszkańców, jest to liczba z jednej strony imponująca, z drugiej zatrważająca. Zwłaszcza irlandzkich uczestników ruchu drogowego, którzy marudzą na zdezorientowanych lewostronnym ruchem i wąskimi drogami amerykańskich kierowców. Faktem jest, że większość amerykańskich turystów, niezależnie od niepodważalnej atrakcyjności kulturowej Irlandii, odwiedza ten kraj ze względu na swoje korzenie. Szacuje się, że ponad 30 milionów amerykańskich obywateli legitymizuje się irlandzkimi korzeniami. Rynek jest więc praktycznie nieograniczony. Warto w tym momencie wspomnieć o Polakach – my również, z perspektywy europejskiej, stanowimy całkiem imponującą społeczność. Wiedzą o tym mieszkańcy Wilna, Lwowa, kresów wschodnich, czyli miejsc, tak chętnie odwiedzanych przez bardziej lub mniej sentymentalnych Polaków. Jednych pcha do wyprawy ciekawość tych miejsc, w których wychowywali się ich przodkowie. Nie ma wątpliwości, że część turystów udaje się w podróż, aby odnaleźć i podziwiać dziedzictwo kulturowe swojego narodu. Polacy odwiedzają zatem – poza wspomnianymi kresami, klasztor na Monte Cassino, Watykan (gdzie pochowany jest największy z Polaków), poszukują artefaktów związanych z polskim dziedzictwem kulturowym na każdym krańcu ziemi. Prawie każdym.

Zapomniana kraina Polskości

Jest jednak miejsce, znajdujące się blisko Macierzy, które – choć bardzo silnie związane jest z Polskością i jej dziedzictwem kulturowym – odwiedzane jest przez rodaków niezwykle rzadko. Mowa o Zaolziu, będącym częścią Czeskiej Republiki. Ziemia ta należała wprawdzie do nowożytniego państwa polskiego niecały roku, jednakże obecność Polaków na tym terenie i ich wpływ na otaczającą rzeczywistość, historię, dziedzictwo kulturowe jest nie do podważenia. Rodacy mają niewielką świadomość tego faktu. Dlaczego? Z jednej strony dominujący jest fakt zakorzenienia w rodzimej, najpierw komunistycznej, później liberalnej historii narracji o imperializmie polskim, który ośmielił się przejąć kawałek niepotrzebnej nikomu ziemi od biednych, upadających Czechosłowaków. Fakt historycznej obecności Polaków na tym terenie mocno rozmywa się zatem w tym roztworze pełnym wstydu, wyrzutów sumienia i ojkofobii. Nie pomaga również deficyt romantyzmu tych ziem – z jednej strony mamy krajobraz stricte industrialny, z mocno rozatomizowaną w socjalistycznych blokach Polskością, z drugiej mało znany pejzaż górski. Atrakcyjny, z bogactwem kulturowym od zawsze osadzonym w Polskości, a jednak nie przebijający się przez nadmuchaną cepelię podhalańską, romantyczny etos Bieszczadów, czy też funkcjonalną dostępność Beskidu Śląskiego. Nie należy zapominać o trzeciej, równie istotnej przyczynie. To przecież sami mieszkańcy mają wpływ na popularność i wizerunek regionu – a lokalni Polacy, mimo setek przymiotów i atutów – nie byli w stanie wykreować atrakcyjnej oferty, skierowanej do chociażby lekko szturchniętego sentymentem rodaka.

Konieczność dostarczenia argumentu

Nie ma wątpliwości, że Cieszyn – jako miasto przygraniczne, na styku Polski i Czech – jest coraz popularniejszą destynacją turystyczną wśród Polaków. Jego potencjalna atrakcyjność nie wynika jednak wcale z magii Zaolzia. Osoby, które przekraczają most graniczny nad Olzą, decydują się na tę niezbyt wyczerpującą eskapadę w celu zachłyśnięcia się kulturą połudnowych sąsiadów. Magnes stanowi piwo z pianą, gulasz, czasem mecz hokejowy tudzież zwykła ciekawość tego, co za granicą. Mało kto ma świadomość, że właśnie za Olzą znajdują się interesujące miejsca, mocno związane z polskim dziedzictwem kulturowym. W wielu polskich miastach znajdziemy ulicę Żwirka i Wigury. Abstrachując od tego, że niewielu już młodych ludzi zna tych idoli naszych dziadków i babć, to nawet bardziej uświadomieni historycznie osobnicy nierzadko reagują zaskoczeniem na informację, że w nieodległym od Cieszyna Cierlicku znajduje się miejsce pamięci poświęcone tym lotnikom. Bo właśnie podczas podróży do Pragi na cierlickim niebie dopadła ich nagła i śmiertelna w skutkach burza. Niewielu konsumentów smacznego czeskiego piwa wie, że w nieodległej Goroliji po drugiej stronie Olzy szlaki górskie nie przypominają ulicy Marszałkowskiej w godzinach szczytu. Zapewne nikomu ze smakoszy czeskiego gulaszu z knedlem nie przychodzi do głowy, że w poprzemysłowej Karwinie śladów Polskości jest nie mniej, niż w faktycznie wspaniałym i pięknym Lwowie.

Miasto dwukrotnie utracone

Ciekawym przykładem jest z pewnością narracja wokół Starej Karwiny – miasta robotniczego, które jeszcze przed drugą wojną światową stanowiło jedną z oaz Polskości na Śląsku Cieszyńskim. Dość powiedzieć, że w tej wieloetnicznej miejscowości wpływ Polaków był taki istotny, że posiadali oni swojego burmistrza – Wacława Olszaka, zamordowanego na początku niemieckiej okupacji przez Niemców. Po drugiej wojnie światowej, wskutek rabunkowego wydobycia węgla i decyzji administracyjnych miasto przestało istnieć, a mieszkańcy zostali przesiedlani głównie do nowo powstałych socjalistycznych osiedli-sypialni. O „zaolziańskiej Atlantydzie” mówiło się i pisało tu i ówdzie, jednakże po wydaniu czeskiego bestsellera Karin Lednickiej pt. „Krzywy kościół”, opowiadającego właśnie o losach mieszkańców tych okolic, wzrosło zainteresowanie tym miejscem. Jednak głównie wśród Czechów. Część tablic informacyjnych udostępnia informacje w języku czeskim, angielskim, niemieckim. Wciąż nie udało się wryć do świadomości zwykłego Polaka z informacją o arcyinteresującym miejscu, przesiąkniętym polskim dziedzicwem historyczno-kulturowym. Podobnych miejsc na Zaolziu jest znacznie więcej. Są też postaci (takie jak właśnie Wacław Olszak, Tadeusz Reger, Wanda Delong i inni) warte wypromowania wśród szerszego, ogólnopolskiego odbiorcy.

W obecnym świecie, którym rządzi szybkość przekazu, odpowiednia chwytliwa narracja, są to atuty, które czekają na wykorzystanie. Umiejętność opowiedzenia historii o sobie stanowi drogę do sukcesu. Pytanie, czy są chętni i jest potrzeba, aby te atuty wykorzystać? Czy istnieje potrzeba tworzenia produktu turystycznego wokół miejsc, obiektów, przestrzeni i historii za Olzą, związanych z Polakami?