
MICHAEL MORYS-TWAROWSKI
Chciałbym opowiedzieć wyjątkowo nie o rzeczach, które mnie bardzo interesują, czyli o historii dawnego Księstwa Cieszyńskiego, a o rzeczach, które mnie wybitnie irytują. Albowiem w trakcie ponad 20 lat zajmowania się przeszłością regionu nazywanego dzisiaj często Śląskiem Cieszyńskim i w trakcie pracy nad książką zatytułowaną Dzieje Księstwa Cieszyńskiego, ogarniało mnie bardzo często uczucie irytacji czytając prace moich koleżanek i kolegów z cechu historycznego.
I nie chodzi o poczucie, że ktoś popełnił jakiś drugo czy trzeciorzędny błąd, ponieważ im więcej materiału się przerabia, tym oczywistością jest to, że gdzieś nawet najlepszemu i najbardziej skrupulatnemu badaczowi przytrafi się jakaś faktograficzna pomyłka, pomyli datę, czy też przekręci imię albo nazwisko. To są rzeczy naturalne, wliczone w ryzyko zawodowe – nawet najlepsi recenzenci czasami nie potrafią tych rzeczy wychwycić. Można też zrobić osobne wystąpienie na temat słabości historiografii akademickiej, ale nie była to rzecz, która mnie najbardziej poruszyła w trakcie pracy nad Dziejami Księstwa Cieszyńskiego.
Rzecz dotyczy podejścia autorów. Problem związany jest nie tyle z ich formacją intelektualną – mowa raczej o jakimś kluczu interpretacyjnym do zrozumienia tego, co się pisze na temat wydarzeń i 1919 roku i roku 1938. I tego, jak w ogóle dzisiaj dyskutuje się o Śląsku, prawdopodobnie po obu stronach rzeki Olzy, a także w dalszych terenach.
W zasadzie są to cztery rzeczy, które by można było ująć jako: rzeczpospolitanizm, jako niemiecki negacjonizm, jako czeski nacjonalizm i jako turbośląskość czy turbosilesianizm.
Jeździec pierwszy: Rzeczpospolitanizm
Jeśli chodzi o Rzeczpospolitanizm to, jak można się domyśleć, kwestia problemu polskiej historiografii, skupiającej się głównie na terenach dawnej Rzeczypospolitej. Jest to dość naturalne zjawisko tyle, że schemat opowiadania o polskiej historii oparty jest de facto na schemacie stworzonym nawet nie przez Lelewela, co przez Naruszewicza w XVIII wieku.
I podobnie jak Naruszewicz nie wydał pierwszego tomu historii Polski, ponieważ może nie tyle się bał, co nie wiedział, jak ugryźć dość skomplikowany temat czasów przedmieszkowych (więc ten pierwszy tom ukazał się dopiero pośmiertnie), tak samo wyłączenie poza nawias tych terenów, gdzie mieszkali ludzie mówiący różnymi polskimi dialektami, ale nie będącymi mieszkańcami dawnej Rzeczypospolitej, spowodowało wyrzucenie ich poza nawias. I nie chodzi tylko o kwestie szkolnych podręczników, bo wiadomo, że często ludzie zajmujący się przeszłością chcieliby jakby napakować program szkolny do granic niemożliwości, ale chodzi bardziej o kwestie dyskursu akademickiego.
Kogo pomija Polski Słownik Biograficzny?
Takim dobrym przykładem, ilustracją jest dobór biogramów do Polskiego Słownika Biograficznego (PSB), wydawnictwa, z którym współpracuję bardzo długo, będącym sztandarowym projektem polskiej humanistyki i tę współpracę cenię sobie bardzo, bardzo i mam nadzieję, że po tym wystąpieniu ta współpraca, polegająca na opracowaniu biogramów osób związanych z terenami dawnego księstwa cieszyńskiego będzie kontynuowana.
Procedura wygląda w ten sposób, że redakcja decyduje się zamówić biogram, natomiast rada Polskiego Słownika Biograficznego złożona z czołówki polskich historyków zazwyczaj podejmuje ostateczną decyzję, czy – mówiąc kolokwialnie – któryś biogram wchodzi, czy nie wchodzi. Czasami rzeczywiście te decyzje są uzasadnione tym, że czyjaś działalność była bardzo lokalna, a przecież słownik jest narodowy i trzeba dokonać pewnej selekcji.
Jednak w Polskim Słowniku Biograficznym nie znajdziemy na przykład biogramu Leopolda Szersznika, co jest dość dziwne i frapujące, ale czasami tego rodzaju pominięcia się zdarzają. Ale postacią, która miała się znaleźć w Polskim Słowniku Biograficznym, a jednak się nie znalazła, jest Jerzy Trzanowski – nazywany słowiańskim Lutrem, osoba urodzona w Cieszynie w 1592 roku. Jest on, w przypadku debat, przedmiotem sporu między czeskimi a słowackimi historykami. Ale Trzanowskiego też można traktować bardzo, bardzo szeroko – oczywiście rozumiejąc kontekst historyczny, ponieważ w okresie międzywojennym dochodziło nawet do dość przykrych sytuacji, że zmieniano teksty Trzanowskiego, żeby uzasadnić jego Polskość i to były dość przykre fałszerstwa.
Matka Trzanowskiego pochodziła ze Śmiłowic, a ojciec z Trzanowic – czyli miejscowości, gdzie miejscowa ludność, jak wskazują jednoznacznie źródła historyczne, posługiwała się językiem polskim. Napisałem więc jego biogram, jednak Trzanowski został skreślony i znalazł się poza granicami Polskiego Słownika Biograficznego.
Paradoks Rolanda Topora
Co ciekawe, pod literą T znalazł się biogram Rolanda Topora. Jest to Francuz, którego rodzice pochodzili z Polski, autor „Lokatora” zekranizowanego przez Romana Polańskiego. I Topor, jak jeszcze czytałem wczoraj na portalu culture.pl, nie mówił po polsku. Rodzice Topora posługiwali się językiem polskim, kiedy nie chcieli, żeby syn ich rozumiał. Oczywiście co nieco umiał, nauczył się podobno polskich głosek dźwięcznych, tych szeleszczących, ale językiem polskim się nie posługiwał. Urodził się we Francji, nie mieszkał w Polsce. Nie zmarł w Polsce, nie pisał po polsku i znalazł się w Polskim Słowniku Biograficznym.
Jerzy Trzanowski, którego rodzice mówili po polsku, który wzrastał w Cieszynie, musiał mówić po polsku mieszkając w Cieszynie pod koniec XVI wieku i na początku XVII wieku. Oczywiście za sprawą też edukacji, innych kontaktów i miejsca zamieszkania nabył znajomość niemieckiego, czeskiego i słowackiego i z pewnością jest postacią, którą bardzo trudno byłoby nazwać Polakiem. Zwłaszcza w dzisiejszym tego słowa znaczeniu – z pewnością nigdy bym się nie odważył na takie jednoznaczne określenie. Ale fakt, że ten Trzanowski znalazł się poza Polskim Słownikiem Biograficznym, a Roland Topor tam się znalazł, świadczy o dużym niezrozumieniu i zawężeniu narracji skupiającej się tylko na dawnej Rzeczypospolitej.
Walka o nazwy geograficzne
Już na zasadzie bardziej takiej anegdotycznej chciałbym przywołać sytuację z kwestią nazewnictwa w czeskiej części Śląska Cieszyńskiego. Jest taka miejscowość, którą od wieków w języku polskim nazywano Szobiszowicami. Miejscowość, gdzie jednak w świetle źródeł zwykle większością była ludność posługująca się językiem czeskim, czy też morawskim, zakładając odrębność mowy morawskiej od języka czeskiego. Z kolei w czeskiej wersji to jest Sobĕšovice.
I dość dziwnie komisja standaryzacyjna nazw geograficznych ustaliła akurat, że w tym miejscu nie ma żadnych nazw morawskich. Uznała więc nie Szobiszowice – będąca starą, polską i używaną od zawsze nazwą, tylko Sobieszowice – nazwę czeską, którą spolszczono. Było to w roku 2012. Napisałem pismo uzasadniające przywrócenie tej prawidłowej nazwy i po pół roku komisja, co było bardzo miłe i przyjemne dla mnie, podjęła odpowiednią uchwałę, dostałem nawet list z podziękowaniami.
Cóż to jest za absurdalna sytuacja, że musimy odzyskiwać pojedyncze polskie historyczne nazwy i to w czasach, kiedy już mówimy Mumbaj, a nie Bombaj. Takich przykładów jest znacznie więcej.
Jeździec drugi: Niemiecki negacjonizm
Chciałbym tylko poruszyć w dużym skrócie aspekt niemieckiego negacjonizmu. Przyjąłem takie założenie dzisiejszego wystąpienia, żeby te tezy były bardzo wyraziste, nawet bardziej radykalne, niż w przypadku, gdybym musiał formułować je na piśmie – chciałbym jednak sprowokować pewnego rodzaju dyskusję i refleksję.
Jeśli chodzi o literaturę w języku niemieckim, to współcześnie nie za bardzo interesuje się ona terenami dawnego Księstwa Cieszyńskiego. Może to i lepiej. Całkiem niedawno, przed paroma laty wydano historię Śląska pod redakcją profesora Joachima Balkego, gdzie profesor Roland Gerke napisał tekst o Śląsku Cieszyńskim. Można tam przeczytać, że Andrzej Cinciała i Jerzy Cienciała – zwróćcie Państwo na różne nazwiska – są braćmi. Że w roku 1888 Józef Londzin przejął przywództwo Związku Śląskich Katolików razem z redakcją „Gwiazdki Cieszyńskiej”, a w tym czasie liderem Związku Śląskich Katolików był akurat ksiądz Ignacy Świeży (Józef Londzin na swoją historyczną szansę jeszcze musiał trochę poczekać).
Ale nie chodzi tu o prostą faktografię, że ktoś popełnił jakąś drobną pomyłkę. Jeżeli jednak ktoś pisze o drugiej połowie XIX wieku na Śląsku Cieszyńskim i przegapia postać księdza Ignacego Świeżego, a poza tym uważa, że Jerzy Cienciała był bratem Andrzeja Cinciały, to świadczy o bardzo dużej nieznajomości literatury przedmiotu. I nie jest to tylko wina autora, który mógł takie rzeczy przegapić, ale świadczy też fatalnie o kompetencjach i recenzentów, i redaktora tejże publikacji.
Jednak rzecz, która skłoniła mnie do opowieści o negacjonizmie, a staram się śledzić nowszą literaturę w języku niemieckim, to ich sztampowość. Czyli – Śląsk Cieszyński to region, w którym mieszkały różne nacje, no a potem przyszły te nacjonalizmy i się wszystko pozmieniało. Czasami, zwłaszcza z perspektywy osób starszych okazuje się, że wczesne lata 40. były niemal idylliczne – wiadomo, że dla niektórych ludzi były to lata dzieciństwa, więc to są takie idylliczne czasy dzieciństwa, wiec niektórzy mogli mieć właśnie taką perspektywę.
Ograbianie ofiar z tożsamości
Ale rzecz, która mnie skłoniła do użycia słowa negacjonizm, jest lektura, która zaczęła się od hasła na niemieckiej Wikipedii. Poszukując tam informacji na temat osób związanych z naszym regionem, trafiłam na biogram księdza Józefa Adameckiego. Może nie jest akurat najgłośniejsze nazwisko w cieszyńskiej historiografii, ale jeżeli robić jakiś barometr polskości rodów na terenie dzisiejszego Zaolzia, to dla Adameckich nie ma skali, ponieważ według tradycji rodzinnej mieli w swoim rodzie powstańca listopadowego, mieli też powstańca styczniowego. I już na gruncie źródeł historycznych pisanych Bernard Adamecki Starszy (tak można go nazwać), był jednym z pierwszych polskich aktywnych działaczy narodowych na terenie Okręgu Frysztackiego i zmarł w 1924 roku.
Ponadto Józef Adamecki, wnuk tegoż Bernarda, był Polakiem. Skończył polskie gimnazjum, odbył klasyczną polską edukację – to nie była taka osoba, o której można byłoby główkować: kim on się czuł, bo tutaj jest przecież taki indyferentny region… Nie! Jeśli chodzi o Adameckiego, to był Polakiem i za to, że był Polakiem, zginął w niemieckim obozie koncentracyjnym.
Nagle okazuje się, że został przerobiony na niemieckiego duchownego, będącego ofiarą nazistów. I biogram jest oparty na martyrologium, zawierające listę niemieckich ofiar czasów nazizmu. I można tam odnaleźć też księdza Klemensa Galocza. Rodzina może nie tak spektakularna, jeśli chodzi o ten barometr czy limit polskości, ale też biografia z klasyczną edukacją w polskim szkolnictwie, więc nie ulega wątpliwości, że chodziło o Polaka.
I jest to o tyle przykre, zwłaszcza z perspektywy pamięci o tych ofiarach, że osoby, które zginęły za swoją narodowość, po śmierci zostały ograbione nawet z tej narodowości. Wiadomo, że w każdej historiografii można wskazać jakieś takie słabsze rzeczy i zapewne generalizacja nie jest uprawniona, ale wzbudza to pewnego rodzaju niepokój, jak będzie w przyszłości wyglądać ta narracja.
Jeździec trzeci: Czeski nacjonalizm
Rzecz, która wywołuje u mnie o wiele więcej emocji, jest kwestia, którą dość radykalnie nazwałem czeskim nacjonalizmem. Przy lekturze wielu czeskich publikacji odczuwam pewnego rodzaju dysonans, ponieważ kiedy są pisane przez słabych badaczy, to sprawa jest jasna. Natomiast kiedy naprawdę dobrzy badacze przyjmują jakąś dziwną perspektywę pisania o przeszłości Księstwa Cieszyńskiego, wzbudza to mój niepokój.
Zasadą publikacji w języku czeskim na temat miejscowości położonych na terenie dzisiejszego Zaolzia, dotyczących okresu drugiej połowy XIX wieku i początku XX wieku, jest zazwyczaj brak informacji na temat działalności gospodarczej, czy co się działo w danej wiosce, brak informacji o tym, kto z danej wioski należał do polskich stowarzyszeń, w ogóle do stowarzyszeń. Wszystkie te źródła są drukowane, są sprawozdania, więc to jest zero problemu, to jest pięć minut kwerendy w bibliotece cyfrowej, żeby wypisać ile było osób i kto należał na przykład do Macierzy Szkolnej Księstwa Cieszyńskiego, czy też do Towarzystwa Naukowej Pomocy Księstwa Cieszyńskiego, czy też do bardziej politycznych organizacji z danej miejscowości.
Czeski Cieszyn i inżynieria nazwisk
Dużym rozczarowaniem, ale to nie na zasadzie jakiejś takiej wielkiej krytyki, jest najnowsza monografia Czeskiego Cieszyna. W przypadku aneksu, zawierającego historię poszczególnych miejscowości wchodzących w skład organizmu miejskiego po 1920 roku, redaktorzy przyjęli dziwną zasadę, że wszystkie imiona i nazwiska piszą po czesku. Chyba że o kimś można jednoznacznie stwierdzić, że tym Czechem nie był, to wtedy przyjmują wariant polski i sporadycznie niemiecki.
Oczywiście, zawsze trzeba przyjąć jakiś sposób generalizacji i obłudnym byłoby twierdzić, ze każda pojedyncza osoba powinna zostać przeanalizowana – kiedy sam podejmuje się prac o charakterze syntetycznym, poświęconych Księstwu Cieszyńskiemu, to radykalnie przyjmuję uzus pisania nazw w języku polskim. Jeżeli przegląda się dawną prasę, to jedna osoba w periodyku niemieckim nazywana jest po niemiecku, w polskim po polsku, a w czeskim po czesku. Dotyczy to nawet osób, które należały do Macierzy Szkolnej Księstwa Cieszyńskiego.
Pozwolę sobie na przykład z mojej rodziny, mój trzykrotny pradziad Franciszek Lipa, kiedy był członkiem Macierzy Szkolnej dla Księstwa Cieszyńskiego. W każdym razie w tych gorących czasach plebiscytowych przewodził wiecowi w Bobrku pod Cieszynem, w którym ludność opowiedziała się za przynależnością do Polski. I on, kiedy przychodziło podpisania się pod dokumentem w języku niemieckim, podpisywał się Franz Lipa przez dwa „p”. Traktując to jako rzecz absolutnie naturalną – bezcelowa jest ta nadinterpretacja, że jeżeli człowiek się podpisał Lippa, to na pewno czuł się bardziej z niemiecka, a skoro się już podpisał Franz, to już w ogóle na pewno ani Franciszkiem ani Franckiem się nie czuł.
Jednakże, kiedy opowiadamy o Czeskim Cieszynie po 1920 roku, oczywiście sam bym pisał po czesku wszystkie nazwy z wyjątkami jednoznacznie potwierdzonymi, z tego względu, że opowiadamy o mieście, które znajdowało się w Czechosłowacji, a dzisiaj w Republice Czeskiej, nie licząc rocznego okresu 1938-39 i potem czasu niemieckiej hitlerowskiej okupacji. Ale jeśli chodzi o wioski, które były zamieszkałe, jak pokazują wszystkie źródła topograficzne przez ludność mówiącą w języku polskim, czy też śląsko-polskim dialektem – jak Sibica, jak Mosty koło Cieszyna, jak Koniaków koło Cieszyna (nie mylić z tym słynnym Koniakowem: koło Cieszyna są dwa Koniakowy, jeden w granicach Czeskiego Cieszyna, drugi trochę dalej, koło Istebnej) i jest tam ludność, która mówi o języku polskim, należałoby przyjąć zasadę, że opisywane postaci zapisywane są w tym języku, jakim się posługiwały w 1920 roku.
Bo sytuacja z perspektywy czytelnika, czy użytkownika tej książki, polega na tym, że ja odnajduję w książce nazwisko, później muszę dekonstruować to, jak autor je zczeszczył, żeby sprowadzić je do polskiej formy, a następnie dopiero móc jakoś na tym pracować. Kuriozum jest o tyle większe, że rzeczywiście nie przejrzano tych sprawozdań członków Macierzy Szkolnej dla Księstwa Cieszyńskiego i osoby, łącznie z bratem mojej prababki, synem tego Franciszka Lipy, który opowiadał się za przyłączeniem Bobrku do odrodzonej Polski, Paweł Lipa, jest w tym opracowaniu zczeszczony.
Mnóstwo polskich działaczy, o których istnieje literatura przedmiotu do znalezienia jednym prostym wpisem w wyszukiwarce internetowej, są ujęci jako Czesi. Takie zjawiska można zaobserwować w nieco starszej monografii Trzanowic, gdzie wszyscy radni z końca XIX wieku są wypisani w języku czeskim. Odnalazłem tę listę, odnalazłem tych samych dżentelmenów na łamach „Gwiazdki Cieszyńskiej”, kiedy zorganizowali składkę na polskie gimnazjum w Cieszynie. Więc to nie jest kwestia tego, że ci ludzie byli jacyś indyferentni. Kluczem powinno być fakt, jakim językiem się posługiwali.
Przypadek Paula von Myrdacza
Taką smutną ilustracją zabarwionego nacjonalistycznie subtelnego anachronizmu, jest lista czeskich rodów szlacheckich i nobilitowanych w czasach habsburskich. Czyli pewnego rodzaju herbarz, gdzie pojawia się nazwisko Myrdacz. Jest to nazwisko charakterystyczne, bowiem nobilitację uzyskał w roku 1717 lekarz Paul von Myrdacz. Legenda rodowa głosiła, że przeprowadził operację cesarza Franciszka Józefa. Raczej jej nie przeprowadził, bowiem cesarz zmarł rok wcześniej, a ów Myrdacz dostał szlachectwo za to, że organizował lecznictwo wojskowe na bardzo wysokim poziomie w monarchii austro-węgierskiej.
Paul von Myrdacz znalazł się w gronie tych czeskich rodów tylko dlatego, że jego rodzinna wioska, Końska, w której się urodził w 1847 roku, znalazła się w roku 1919 w granicach Czechosłowacji. Czy można dyskutować, czy Paul von Myrdacz może czuł się Czechem, a może nie miał swojej poczucia tożsamości? Nie – Paweł Myrdacz, bo tak się pierwotnie nazywał, był rok starszy od Jana Kubisza. Chodzili do tej samej szkoły ludowej, a w czasie nauki gimnazjalnej Paweł Myrdacz należał do tajnego Polskiego Stowarzyszenia Młodzieży, za którego, gdyby się dowiedziano o jego członkostwie, to mógł ponieść konsekwencje, łącznie z wydaleniem z gimnazjum, co oznaczałoby faktycznie koniec jego przyszłej kariery.
No i ten Myrdacz znalazł się przypadkowo na tej liście rodów czeskich szlacheckich pod hasłem „Myrdaczowie”, tylko z tego względu, że Końska znalazła się za granicą dwa lata później, niż nastąpiła nobilitacja.
Jeździec czwarty: Turbosilesianizm
Jest to już trzeci wątek, który na pewno gdzieś zbudza pewnego rodzaju irytację u mnie. Czwarty nazwałem roboczo turbosilezianizmem czy turbośląskością – jako neologizm utworzony od określenia turbosłowianie, czym dość złośliwie określa się pewien nurt w polskiej publicystyce zakładający, że kiedyś w czasach starożytnych miało istnieć olbrzymie państwo polskie, tylko jego prawda o nim została ukryta. Nurt ten z powodu lekceważenia akademickich historyków okresu historii ziem polskich w czasach przedmieszkowych cieszył się, zdobył sporą popularność, a wydawnictwo Bellona korzystając ze swojej marki i pozycji na rynku, wydając pseudonaukowe pozycje, spowodowało w tym obszarze dużo zamieszania.
Jeśli chodzi o ten turbosilezianizm, czy turbośląskość, można to określić w ten sposób, że jest to odpowiedź na ciasny Rzeczpospolitanizm, że skoro nie ma miejsca dla nas w polskiej historii, to sobie musimy znaleźć własną historię, co prowadzi do pewnego absurdu, bo można wyobrazić sobie pisarza, który urodził się w Polsce, ma polski paszport, mieszka w Polsce i pisze po polsku jako podstawowym językiem, no i twierdzi, że nie jest polskim pisarzem. Całkiem możliwe, że tego rodzaju historie będą coraz częstsze. Oczywiście nie można obierać ludziom prawa do decydowania, kim się chcą czuć i jak chcą określać swoją tożsamość, ale można i warto byłoby opowiedzieć, jak to wyglądało w przeszłości, posługując się prawdą historyczną (o ile można użyć takiej kategorii) albo to, co wynika ze źródeł – mówiąc bezpieczniej.
Mit Józefa Kożdonia
Taką emblematyczną postacią jest Józef Kożdoń, który nie doczekał się żadnej dobrej biografii. Jest to dość zaskakujące, jeżeli bowiem sprawdzić źródła, to wszystkim ta postać kojarzyłaby się z hasłem „Śląsk dla Ślązaków”. Co jednak istotne, takie hasło można znaleźć również w „Gwiazdce Cieszyńskiej” – ponieważ to, co nazywamy polskim ruchem narodowym, i to, co nazywamy ruchem ślązakowskim, oba wyrastały z bardzo silnej potrzeby śląskości.
Tymczasem turbosilesianizm polega na tym, żeby ze Ślązaków tworzyć jakąś specjalną kategorię i widać to przy dwóch manewrach. Jeden zauważalny jest w pseudonaukowej biografii Józefa Kożdonia, gdzie antagonistą jest Ignacy Świeży – jako kandydat Polaków. Ignacy Świeży stał później, na czele czegoś, co nazwano Związkiem Śląskich Katolików. I nagle następuje ten moment, że jeżeli ktoś deklarował się jako Polak, to już automatycznie tracił swój prymat śląskości.
Jest dla mnie dziwne, dlaczego Józef Kożdoń jest bohaterem narracji śląskiej, a ksiądz Józef Londzin już nie – a przecież mowa o Ślązaku, również dla Ślązaków zasłużonym. Mamy całą wierchuszkę Ślązaków, dumnych ze swojej śląskości, o pochodzeniu plebejskim. I to też zupełnie stoi wbrew Rzeczpospolitalizmu, z całą swoją nową teraz chłopomanią i ludomanią, ponieważ w Polsce się produkuje wręcz mnóstwo książek na temat chłopstwa. Żadne z nich nie potrafi wyjść chyba poza schemat tego Rzeczpospolitanizmu i dostrzec, że chłopi w Księstwie Cieszyńskim to byli trochę inni, lepiej wykształceni i potrafili nawet kreować politykę na poziomie regionalnym, w tym starać się decydować o losach swojej małej ojczyzny.
Problem z Kożdoniem wynika tego, że w roku 1939 wiosną był jednym z trzech polityków, którzy podpisali się pod apelem, żeby przyłączyć Śląsk Cieszyński do III Rzeszy. Faktem jest, że Józef Kożdoń to osoba, która wiosną 1939 roku chciała, żeby Adolf Hitler podbił Śląsk Cieszyński. Żeby Śląsk Cieszyński znalazł się w Rzeszy. I kreowanie go na śląskiego bohatera narodowego ahistorycznie, tylko dlatego, że w pewnym okresie życia ze względów pragmatyzmu politycznego przyjął ostrze antypolskie, jest głębokim nieporozumieniem. Inna sprawa, że był to bardzo zdolny polityk, choć mało mówi się, że w czasach austriackich przyjął zdecydowanie antyczeską postawę, krytykując między innymi Związek Śląskich Katolików za współpracę z Czechami. Aż do czasu, kiedy w roku 1918 i 1919 wyjść na rzecznika przyłączenia dawnego Księstwa Cieszyńskiego do Czechosłowacji.
Zupełnie ahistorycznie przylepia się mu tendencje autonomistyczne. Przecież kraj koronny, Śląsk Austriacki, cieszył się autonomią, jak wszystkie kraje koronne w dawnej monarchii habsburskiej. Więc kiedy czytam recenzowanie, tak zwane prace naukowe polskich historyków z tytułami, wysokimi szarżami akademickimi, że był to zwolennik autonomii, to ja się pytam, kto to recenzuje, kto to czyta? Nie zapominajmy, że autonomia śląska jest pomysłem głównie zwolenników polskiego ruchu narodowego. To właśnie Józef Buzek uchodzi za ojca chrzestnego statutu organicznego, a mowa o człowieku, który jednoznacznie był związany z polskim ruchem narodowym.
Więc tak trochę podsumowując, bo mógłbym iść od szczegółu do szczegółu, a tutaj wypadałoby powiedzieć ogół, że występują cztery największe problemy w naszej historiografii:
- Polski Rzeczpospolitanizm – czyli w ogóle narracja o polskiej historii z wyłączeniem nie tylko Śląska Cieszyńskiego, ale w ogóle całego Śląska.
- Niemieckie podejście (negacjonizm) – oparte prawdopodobnie też przez barierę językową na dość słabej znajomości literatury w języku polskim i czeskim. No ale ten przykład z księdzem Adameckim jest dość niepokojącym. Trudno powiedzieć, czy to jest element szerszego zjawiska, czy rzeczywiście jest to incydent związany tylko z jedną dość dużą, ale publikacją.
- Czeski nacjonalizm – ten sam motyw czechizacji polskich nazwisk w czeskich publikacjach być może stanowi również pewnego rodzaju uzus, powtarzany bezrefleksyjnie przez kolejnych autorów?
- Turbośląskość – stanowiąca pewnego rodzaju odpowiedź na tych, którzy wyrzucają ten Śląsk poza nawias.
Domyślam się, że najgorzej zobaczyć belkę we własnym oku, że prawdopodobnie też oprócz tych czterech grzechów, które wymieniłem, prawdopodobnie jest jeszcze jakiś piąty, którego mogę nie dostrzegać nawet we własnych publikacjach. Warto jednak pamiętać, że skoro powstaje bardzo dużo publikacji historycznych, to warto w tym całym szumie informacyjnym starać się odsiać ziarno od plew. Tego nie może dokonać jedna czy dwie osoby, tylko taki akt wymagałby podejścia dość krytycznego i jednocześnie etycznego całego akademickiego środowiska naukowego.
